czwartek, 8 marca 2012

Kanchanaburi – dzień, kiedy nas przegonili!

Trochę na własne życzenie, ale i tak myślałem, że bardziej nas pogonią.
Jak już wczoraj wam pisałem Kanchanaburi  jest znane z Mostu. Poza nim nie ma nic ciekawego. Tzn w samym mieście nie ma, bo poza nim atrakcji jest bez liku.  Parki narodowe,  dobra naturalne, możliwość uprawiania sportów czy innych aktywności, miejsca pamięci II wojny światowej itd. Itd. Problem w tym, że te wszystkie ciekawe rzeczy są naście, a najczęściej kilkadziesiąt kilometrów od samego miasta.  Przyjeżdżając tu byliśmy pełni optymizmu i samozaparcia, życie (odległości)  jednak szybko zweryfikowało nasze nastawienie. Zrobiliśmy więc przegląd lokalnych tour-operatorów  i stwierdziliśmy, że damy się przegonić…. yyy tzn. kupimy całodniową wycieczkę.

Zgodnie  z umową o 8 rano pod nasz mega wypasiony  bungalow B7 w Sugar Cane (okazało się, że codzienne sprzątanie pokoju też jest w cenie) podjechał klimatyzowany bus (straszna dziś żarówa). Pojeździliśmy po innych resortach, zebraliśmy resztę ludków – i w drogę.
Pierwszym przystankiem na naszej liście jest Erewan National Park i  Jego niesamowite wodospady.
Wodospadów jest 7, tj. jest ich znacznie więcej, ale tych dużych, z „basenami” jest 7. Położone są na zboczu wzgórza, i do każdego następnego poziomu prowadzi coraz bardziej stroma i coraz dłuższa droga.  Z naszą przewodniczką „Mai” umawiamy się na parkingu na lunch na 11:45 i ruszamy w drogę. Od razu na parkingu rzucają nam się w oczy jakieś straszne obrzyny, ubrane tylko w sandały i kąpielówki (już na parkingu) – dam 100 zł, że ruscy. Nie zbiedniałem. Tylko ruscy mogli już na parkingu wskoczyć w slipy kąpielowe – to tak jak by w Zakopanem zakładać na nogi narty „bo na szczycie Kasprowego jest śnieg”. Mając niezły ubaw ruszamy na szlak.
Tajowie dbają o swój park. Wymyślili sprytny patent (a mówią, że „polak potrafi”.) Zaraz na początku szlaku jest bramka, i siedzą panie w asyście strażników, i wszystkich gołocą z butelek z wodą.  Jest 35 stopni, podejście długie i strome, każdy ma butelkę z wodą albo nawet dwie. Patent jest taki. Wyciągamy całą wodę, panie przy bramce każdą butelkę znakują flamastrem, od każdej wniesionej butelki płacimy 20 bath kaucji.  Kaucję odzyskamy jeżeli (choćby puste) te same oznaczone butelki zniesiemy z powrotem na dół. Finał jest taki, że pustej butelki walającej się na szlaku nie znajdziecie, nikt nie śmieci. Docieramy do poziomu pierwszego. Wow! Wodospad super, woda lazurowa, mikroklimat w lesie super – co najmniej kilka stopni chłodniej.







Idziemy wyżej i wyżej. Czasu coraz mniej a ciekawość co na następnym poziomie coraz większa.


W końcu zapada decyzja. Zostajemy na poziomie 5. Renia woduje się pierwsza, i od razu narobiła pisku. Nasza przewodniczka nie ściemniała. W każdym basenie jest darmowe Fish-spa.



Jeżeli tylko przez kilka sekund nie będziecie ruszać swoimi kończynami to od razu spłyną się do nich rybki i zaczną was „podgryzać”. Napisałem rybki?? Z tymi które Tajowie (u nas też już są) mają w akwariach SPA te nie mają nic wspólnego. To istne krwiożercze potwory, co najmniej 3-4 razy większe niż te które znamy. Renia była twarda, poddała się 40 minutowej kuracji. Woda chłodna i rajsko-lazurowa, dżungla dokoła, po drzewach brykają małpy – tylko krzykliwych NIEprzyjaciół  zza Buga strasznie dużo i zamęt sieją.
Niestety po ok. 50 min chłodzenia się w rajskich basenach trzeba zacząć schodzić na dół – czasu ZA MAŁO! Chciało by się jeszcze co najmniej ze 2-3 godz.
Na parkingu wciągamy szybki lunch, pakujemy się do busa i w drogę. Będziemy jeździć na słoniach.
Renia miała obiecaną jazdę na słoniu już w zeszłym roku w Indiach i się jakoś nie złożyło. Teraz nie było opcji – słoń musiał być i już! Zdjęć nie za wiele bo siedząc na słoniu nie myśli się o zdjęciach, tylko walczy o przetrwanie. Tak buja!





Renia zadowolona słonie nakarmione, kolej na dalsze atrakcje. Spływ tratwami po rzece Kwai.
Zaraz obok obozu słoni pakujemy się na speed boat (bardzo Speed) który wywozi nas w górę rzeki gdzie przesiadamy się na tratwy i spływamy sobie z prądem. Nasz flisak mówi, że możemy się spokojnie zwodować jeżeli mamy ochotę – kurde a ja już wyskoczyłem z kąpielówek. Rejs bardzo relaksujący, nad głową bambusowy daszek widoki sielskie pełny relaks, żadnego warkotu silnika.




Relaksując się tak patrzymy na horyzont a tam niesamowite zjawisko. Wszyscy przecieramy oczy ze zdumienia. Nasi francuscy towarzysze wykrzykują raz za razem:SACREBLEU!!
  Jakiś człowiek na środku rzeki. Spotkaliśmy go potem na brzegu – opowiedział nam swoją historię. Okazało się, że to młody mnich który poprzez codzienne medytacje oraz 2 piwka co wieczór, opanował pradawną syjamską sztukę chodzenia po wodzie – NA RĘKACH. Sami zobaczcie.

 Jeżeli to prawda, jak tylko zacznę medytować, do Janowca na rękach przez Wisłę będę chodził.
Dalej jedziemy  na hellfire pass - przełęcz ognia piekielnego. Był to jeden z najtrudniejszych odcinków budowy kolei "Birmańskiej". Zaraz obok stacji jest jaskinia, która była miejscem izolacji chorych jeńców którzy budowali tą kolej. Ani przełęcz ani jaskinia nic szczególnego -ot obowiązkowy punkt programu każdego "przeganiania".


Na koniec przejażdżka ową trasą, która jest już całkiem bez sensu bo niby jak mamy podziwiać drewniany wiadukt snujący się wzdłuż skalistego urwiska, budowa którego pochłonęła tysiące istnień, jeżeli siedzimy w pociągu który po nim jedzie.
Cała wycieczka kosztowała nas 990 bath. Wyliczyliśmy, że jeżeli chcielibyśmy to wszystko obejrzeć na własną rękę kosztowało by nas to min. 700-800 bath, trwało by X dni, i dużo błądzenia.
Wieczorem posiedzieliśmy na tarasie w naszym SugarCane, i tygrys chciał zjeść mój plecak, pewnie uciekł mnichom ze świątyni.
Wieczór bardzo spokojny, Wszyscy mówią, że dziś dzień "celebration of Buddha". Duża część knajpek zamknięta, a  połowa z tych co otwarte nie sprzedaje alko. Nawet w 7 eleven lodówka z piwem zamknięta, więc i my grzecznie idziemy spać. Po 2 dniach zrywania się skoro świt, dziś znowu noc "bez budzika". DOBRANOC.

8 komentarzy:

  1. Zamieniliście się w tajskie skowronki :)
    Za kilka dni będziecie się pewno zrywać o 5 rano !

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo Mateusz! Już myslałem, że jedynym podarowanym Reni słoniem będzie Chang:-) Pamiętam jej łzy w oczach w Jaipur, kiedy odmówiłeś wycieczki na Trąbalskim... Myślę, że za to co dziś uczyniłeś wielbiony będziesz aż do końca wyprawy (albo i dłużej:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Renia wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet :))) a na słoniu jeździ się "na oklep" wtedy nie buja. C.J.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tygrys iście rasowy. Hi hi

    OdpowiedzUsuń
  5. a i talentu pisarskiego nie brak oj nie brak, godny z Ciebie następca Sulia, dzięki. U nas dzisiaj był dzień kobiet inaczej "celebration of Buddha", czyli taki mikro sabat:). miejsce U Fryzjera gwar, śpiewy i inne atrakcje. posiedziałbym u stóp tych wodospadów, a i nogi pomoczyłbym sobie, że hej oj hej. Ruszajcie dalej, Reniu goździk 4u. pap

    OdpowiedzUsuń
  6. kiciuś jest super, pozdrawiam już z Kazimierza, u nas zapach drożdżowego, boczusiu z cebulką i jabłuszkiem itd. itp szkoda że was nie będzie a i My zazdrościmy ze nie ma nas tam z wami:-)
    Natalia i Bożenka

    OdpowiedzUsuń
  7. No co jest? Nie piszemy? Weźcie pod uwagę, że tylko Wasze wpisy osładzają mi tęsknotę za Azją:-)

    OdpowiedzUsuń
  8. super zdjęcia ! pozdrawiam Jagoda ; )

    OdpowiedzUsuń